Kłamca. Papież Sztuk

Jakub Ćwiek na swoim oficjalnym profilu udostępnił fragment:

„KŁAMCA: PAPIEŻ SZTUK”

Oczekiwali od niego skruchy i nerwowości, więc dawał im, czego chcieli. Zamiast rozsiąść się wygodnie w fotelu, usiadł na samym jego brzegu, splecione dłonie wcisnął między złączone uda, wygiął się do przodu i zadarł głowę, by szeroko otwartymi oczami pełnymi udanego przestrachu wpatrywać się w twarz siedzącego naprzeciw anioła. Co jakiś czas mrugał kompulsywnie, jakby nadawał Morse’em sygnał złożony z samych kropek, a potem przez długi czas pozwalał gałkom ocznym schnąć w trwającym całe minuty wytrzeszczu.

Anioł Serel kupował to przedstawienie w całości. Więcej nawet, wyraźnie chełpił się ujarzmieniem Lokiego, o którym mówiono, że nie raz i nie dwa zakpił z archaniołów. Teraz, siedząc wygodnie rozparty w fotelu naprzeciw Kłamcy zastanawiał się pewnie, o co było tyle zachodu? To przestraszone blond stworzonko miało być tajną bronią zastępów? Ten drobny kombinator? Wiele się widać zmieniło podczas ostatniej mitycznej misji Selara i z pewnością nie na lepsze. Choć może to i dobrze, bo dzięki temu szybka seria awansów zdawała się jedynie formalnością…

– No dobrze, Loki – powiedział w końcu anioł. Jego uśmiech zadrgał, jakby nie mógł się zdecydować, czy ma być w tym momencie tryumfalny czy pogardliwy. – To jeszcze raz, zanim zjawi się archanioł. Jak to się stało, że znalazłeś się na pokładzie tego samolotu?

Kłamca łypnął szeroko otwartymi oczami najpierw w lewo, potem w prawo, jakby upewniał się, czy nieruchome posągi, w jakie przemienili się na ten moment szeregowi żołnierze anielskich zastępów, wciąż tam są. Następnie zamknął na moment oczy, oblizał spierzchnięte wargi, spróbował coś powiedzieć, odchrząknął i zaczął jeszcze raz:

– Mówiłem już, Serafinie, że znalazłem się tam przypadkiem.

Selar, który wcale nie był Serafinem – dopiero niedawno dochrapał się piór gwarantujących mu czwarte skrzydło i tytuł Cherubina – przejechał dłonią po policzku, jakby sprawdzał jego gładkość, po czym westchnął i pokręcił głową.

– Tak, Loki, wiem, że to właśnie mówiłeś – powiedział. – Ale ja chciałbym wiedzieć, co to znaczy. Jak można się znaleźć przypadkiem na pokładzie samolotu?

– Zwyczajnie. Potrzebowałem wakacji, wybrałem trasę i kupiłem bilet…

– Do Moskwy?

Loki zamrugał i znowu oblizał wargi.

– A gdzie łatwiej odpocząć od aniołów?

Selar skrzywił się i poruszył na fotelu. To był zdecydowany punkt dla Kłamcy i stanowczo nie powinno być ich więcej. Chodziło wszak o wrażenie, o opinię. Reputację.

Przechylił się przez poręcz i podniósł duży, niebieski segregator.

– Problem w tym, Kłamco, że sprawdziliśmy wszystkich pasażerów i nawet biorąc pod uwagę twoją umiejętność zmieniania wyglądu czy tworzenia iluzji, nadal byłbyś w tym samolocie nadkompletem. – Zrobił pauzę, podczas której przekartkował zakoszulkowane dokumenty i raporty. – Zresztą mamy relację od anioła Marazma, stróża niejakiego Heronimusa Grolsha, pasażera siedzącego na miejscu trzydzieści siedem E, który zeznał pod przysięgą, że… o mam to tutaj… dopuścił się haniebnego zaniedbania, jakim było opuszczenie swego podopiecznego na czas lotu, ponieważ zagadał się z tobą w berlińskiej kawiarni. Podobno oferowałeś mu część zarobionych piór w zamian za informacje intymne na temat córki Grolsha.

Loki wzruszył ramionami, pozwolił też sobie na nerwowy uśmiech:

– Theresa nie wygląda jak Niemka – powiedział, jakby to tłumaczyło wszystko. – Ma turecką matkę.

Serel uniósł wzrok i spojrzał na Kłamcę.

– Czyli potwierdzasz?

– Turecką matkę?

– Że tam byłeś, w kawiarni, z Marazmem.

– Właściwie to całkiem podekscytowany… – Kłamca odczekał moment, po czym westchnął. – Wybacz ten słaby żart, Serafinie.

Serel i teraz go nie poprawił. Zamiast tego odwrócił kolejną stronę w segregatorze.

– Stróż Marazm twierdzi, że siedzieliście w tej kawiarni aż do momentu, kiedy usłyszał gorączkowe modły swego podopiecznego i powiedział, że musi się zbierać, a wtedy, tu cytat, Loki złapał za torbę, którą miał pod stołem i powiedział, żebym zabrał go ze sobą, bo ma do wykonania ściśle tajną misję od archaniołów. Czy to prawda?

Kłamca poruszył się nerwowo, łypnął na strażników i znowu się oblizał.

– Masz może wykałaczkę? – zapytał.

– Zapytałem czy to prawda, Loki! – Głos anioła nabrał mocy i stanowczości, stał się prawie krzykiem.

– Że miałem misję? No… czasem miewam misje od archaniołów.

Serel położył ręce na oparciach fotela, wstał i zrobił trzy kroki w stronę Kłamcy. Ujął go pod brodę i zadarł głowę Lokiego tak, by spojrzeć mu w oczy.

– Słuchaj no – warknął. – Mam dosyć tych twoich gierek. Zjawiłeś się na pokładzie samolotu pełnego przerażonych ludzi, w dodatku w postaci syna Naszego Pana i powiedziałeś im, że drogą do ocalenia jest wyzbycie się bogactwa.

Loki przełknął ślinę i mrugnął.

– A to nieprawda? – zapytał. – Wydawało mi się, że Jezus tak właśnie…

– Jezus Chrystus nie kazał ludziom zapisywać pinów na kartach kredytowych i wrzucać ich do worka!

Kłamca spróbował wzruszyć ramionami, ale w tej pozycji było to wyjątkowo trudne.

– Technicznie rzecz biorąc, za jego czasów nie było kart i…

Plasnęło i ból rozlał się żarem po kłamcowym policzku.

– Przestań robić ze mnie durnia, parszywy mityku! Jesteś pomyłką i powinieneś zdechnąć jak wszyscy twoi pobratymcy! Takie numery jak ten tylko udowadniają, jak zadufani w sobie są archaniołowie. I jak głupi, żeby…

Przerwał. Coś zmieniło się w twarzy Kłamcy i nie był to tylko czerwony ślad na policzku. Loki odchylił się teraz do tyłu, z uśmiechem, a jego ręka powędrowała za pazuchę. Wydobył pudełko wykałaczek i jedną z nich wsunął do ust, po czym spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego strażnika. Obaj wydawali się szczerze rozbawieni.

– Widzicie? – powiedział Kłamca. – Mówiłem, że pęknie. Straciliście po piórku, chłopcy.

– Warto było – powiedział ten po lewej. – Ta jego mina…

– Poza tym – odezwał się drugi. – Serel z pewnością wynagrodzi nam to jakoś, kupując nasze milczenie. Wszak teraz, kiedy ma już cztery skrzydła…

Anioł Serel najwyraźniej przejął porzucone przez Lokiego tiki, bo teraz to on mrugał kompulsywnie i oblizywał wargi. Zachowywał się dokładnie tak jak się w tym momencie czuł – jak ktoś, kto kompletnie nie ma pojęcia gdzie się znalazł i jakim cudem tu trafił. Przecież jeszcze chwilę to on miał pełną kontrolę, panował nad sytuacją. A teraz…

– Wybacz – Loki wstał, odsuwając zdezorientowanego anioła od siebie. Następnie delikatnie, po przyjacielsku poklepał go po twarzy – A na przyszłość pamiętaj, stary, że nikt nie lubi zapatrzonych w siebie karierowiczów. Koledzy trochę ci mają za złe to, jak zdobyłeś swoje awanse, a i archaniołowie nie będą zachwyceni twoimi ambicjami. Myślę, że rzeczywiście powinieneś rozważyć kupienie naszego milczenia.

Serel przełknął ślinę. Z trudem, bo gardło miał tak ściśnięte, że gdyby musiał oddychać, z pewnością właśnie miałby z tym poważny problem.

– Ile? – wycedził wreszcie.

Loki wzruszył ramionami.

– Jeśli o mnie chodzi, spłać za mnie Marazma i będziemy kwita – powiedział. – Może i jestem Kłamcą, ale daleko mi do pazernego skurwiela.

Zmarszczył czoło, jakby się zastanowił, następnie wykonał gest jakby mierzył odległość między sobą a aniołem.

– Choć w sumie nie – wykałaczka powędrowała z jednego kącika ust do drugiego – W zasadzie to całkiem blisko.